Nie umiem bez pisania. Ile wytrzymałam? Niecałe trzy lata. Tak, mogłabym wytrzymać dłużej, pewnie zawsze, ale w sumie czemu? Potrzebuję tego. Potrzebuję uporządkować chaos myśli i uspokoić je cichym stukaniem klawiszy klawiatury. Nie wszystko będzie dało się napisać. Nie wszystko wprost, kawa na ławie i proszę, podane do stołu, może ciepłej szarlotki do tego? Ale może pomoże choć trochę?
Co działo się przez te trzy lata? Dużo. Momentami za dużo, a w innej chwili miałam wrażenie, że stoję w miejscu i nigdy już nigdzie z niego nie ruszę. Teraz przyszła kolejna jesień. Po czym wnoszę? Po tych wszystkich jesiennych oczywistościach, ale przede wszystkim po tym, że pająki ciągną do domu. Nie wiem którędy, ale jednak pojawiają się. Pierwszy – pierwszy zauważony - był kaleką, miał tylko pięć nóg, z czego jedną ciągał za sobą i taki niestabilny był w całym swym pająkowym jestestwie. Wezwałam P. do kuchni. Powiedział, że to jest owad, bo ma tylko pięć nóg. Spojrzałam spod zmrużonych powiek i powiedziałam, że wyświadczy mu przysługę i ulży w cierpieniu, bo życie bez trzech nóg i ciąganie czwartej to średni komfort życia. Na co P. skwitował tylko, że Hitler byłby ze mnie dumny. Pf. I co z tego.
Muszę oswoić tą jesień. Zacznę pisaniem. Bo przecież najważniejszy jest plan.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz