Tradycyjnie już, jak co roku, ta jesień mnie przytłoczyła. Tegoroczna tym bardziej, że dopiero co była słoneczna końcówka września, a potem nagle października koniec, zimny, ponury i deszczowy.
A w tym wszystkim miliony nowych doświadczeń, nowe umiejętności, nowe radości i stare obrzydzenie dla spraw związanych z polityką.
I morze. Słońce pieszczące twarz, ten jedyny niepowtarzalny szum w uszach i słona bryza na wargach. Na tak strasznie krótko. Niemalże niedostrzegalnie. Jak zapach i krótki dotyk, wypalający się piętnem na skórze i wżerający tęsknotą w sam środek mnie.
I mgliste lasy lubelszczyzny, takie piękne, takie mokre, jesienne takie.
I gorzki smak łez, słonych jak morska bryza, a jednak zupełnie nie smakujących morzem...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz