poniedziałek, 18 listopada 2013

O pełni i lekkim szaleństwie


18 listopada 2013
Pełnia. Księżyc jasno świeci. I uwielbiam, ale tylko w towarzystwie B, tylko kiedy jestem na szlaku, a ciemna kosodrzewina ociera się o moje uda. Jest tak jasno, że czołówki nie są potrzebne, więc idziemy sobie ścieżką skąpaną w poświacie wielkiego Pana K., między kosówkami, a one swoimi kosmatymi łapkami nieprzyzwoicie łapią nas za biodra.
Wczoraj też była pełnia, ale ja nie byłam na szlaku tylko w łóżku… Najpierw nie mogłam zasnąć, P. spał, ja próbowałam czytać i świecić lampką tak, by mu nie przeszkadzać. W momencie gdy zorientowałam się, że nie bardzo wiem co czytam odłożyłam książkę, było przed 1 w nocy… Udało mi się zasnąć. Obudziłam się o 3, księżyc bezczelnie świecił wprost na moją część łóżka, nic sobie nie robiąc z rolety. Obudził mnie jakiś sen związany ze szpitalem. Brrr…Zawsze jak w nocy nie mogę spać to myślę o samych ponurych rzeczach. Tym razem zastanawiałam się gdzie jest połowa rzeczy, które powinnam mieć w torbie do szpitala, a których nie chciało mi się spakować. Czułam lekkie skurcze i zastanawiałam się czy to TE czy to tylko efekt mojego niepokoju, wywołanego pełnią. Czy trzeba budzić P., czy jest szansa, że coś przegapię, czy…. Tych wątpliwości całe stada przelatywały mi przez głowę, komórka zarejestrowała, że byłą 4:33. Łyk syropku, udało się zasnąć, zapewne w okolicach 5. O szóstej zadzwonił budzik. Lekarstwo plus śniadanie dla P. O 6:30 jestem z powrotem w łóżku, najwyraźniej zasypiam błyskawicznie, bo nawet nie słyszę jak P wyprowadza samochód. O 8:30 budzi mnie przeraźliwy ból oczu, głowy i biodra lewego. Przekręcam się na prawy bok, próbując ukraść jeszcze kilka minut snu, zasypianiu towarzyszy rozmowa teścia przez telefon o belkach i konstrukcjach… Śni mi się, że razem ze Szwagrem staramy się wygonić pająki z ich pokoju. Pająki są trzy – mały, średni i wielki. Szwagier wychodzi z pokoju, idzie po odkurzacz, a ja mam pilnować czy one gdzieś nie pójdą. One rzucają się na siebie, ten największy goni tego średniego, ja zamieram w bezruchu, bo pędzą w moją stronę. Z trudem wybudzam się, jest 9:43, przeraźliwie boli mnie dla odmiany prawe biodro i głowę chce mi rozerwać.
Zwlekam się z łóżka, niepochlebnie myśląc o wszystkim i wszystkich, wychodzę z sypialni, teść pyta co tak dzisiaj długo spałam. Skarżę się, że pełnia, że najpierw nie mogłam spać, potem, że szpitale, że pająki, na co teść stwierdza, że no widział wieczorem księżyc, ale w nocy musiało być zachmurzone, bo nie świecił. Taaaa, z ich strony domu zapewne nie świecił, bo z naszej i owszem, przez całą noc….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz