5 listopada 2013
Może nie jestem aktywna jakoś bardzo, bardzo. Nie biegam codziennie kilkunastu kilometrów, nie jeżdżę na rowerze, nie przekopuję ogródka, ale…. Ale nakaz leżenia traktuję jak jedną z najgorszych, możliwych kar. Czuję się z tym strasznie nieszczęśliwa. Czuję się podle, bo mam wrażenie, że nie jestem dobra, nie nadaję się na matkę, skoro sama zagrażam swojemu dziecku. Czuję, jakbym każdy dzień Jej pobytu tam w środku wydzierała pazurami.
Leżę, bo trzeba. Leżę z tyłkiem na poduszkach, co powoduje zgagę tak potworną, że to co wcześniej brałam za zgagę to naprawdę niewinne pieczenie przełyku. Od leżenia bolą mnie mięśnie brzucha i bolą mnie biodra. Pomału zaczynam wpadać w paranoję i jak Mała się przeciąga albo ma czkawkę to ja mam wrażenie, że czuję ją zdecydowanie za nisko i że to na pewno coś złego.
Łykam tabletki, które powodują kołatanie serca, więc jak leżę to czasami słyszę jak tłucze się ono w klatce piersiowej. A od zawsze bicie własnego serca było dla mnie dźwiękiem przerażającym (tak, wiem, jestem nienormalna). Na ostatnim KTG leżałam i modliłam się, żeby te 10 minut minęło jak najszybciej, bo słuchając bicia Jej serca czułam się okropnie, zwłaszcza, że ma puls w granicach 130-140 uderzeń, co dla Niej jest normalne, a dla mnie trudne do przeżycia. Niech mnie kopie, najboleśniej nawet, ale po cichu.
Strasznie mi z tym wszystkim. Wszelkie dolegliwości fizyczne to nic w porównaniu z tym jakie jazdy funduje mi moja głowa… Gdybym tak mogła wyłączyć myślenie i przespać ten czas….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz