poniedziałek, 13 czerwca 2011

.

13 czerwca 2011
Znacie takie dziwne ciasto, które najpierw się studzi, a potem się piecze, do którego dodaje się soli i octu? A potem polewa się rumem z cukrem, który wcale nie wygląda i nie pachnie jak rum, a jak adwocat? I takie do którego wrzuca się wszystko co się nawinie, łącznie z pokrojonym wafelkiem kakaowym, w czekoladzie do tego? A w efekcie powstaje pyszne ciasto, w którym wcale nie czuć ani soli ani octu, wafelki się jakoś tak wkomponowują, że proszę siadać, a rum co wygląda jak adwokat w smaku nie przypomina ani rumu ani adwokatu, ale jest pyszne!
No. Ja bym nie wierzyła, że owo ciasto się TAK DZiWNIE robi gdybym na oczy nie widziała.
Zna ktoś? Ja znam Dronkę i to Ona popełnia takie dziwne rzeczy. Tym dziwniejsze dla mnie, że popełniane mimochodem o 22:05…. Agnieszki o tej godzinie, zwłaszcza po pasjonującym dniu szkoleniowym, coś takiego ledwie ogarniają.
Poza tym szlifując bale do huśtawki pozbawiłam kuchnię i pół łazienki prądu w gniazdkach, a jak ten taki czarny prztyczek próbuje się podnieść to z szafki "tej od prądu" się błyska. Taka jestem zdolna.
I sikorki nie żyją. I nie mam odwagi ich stamtąd wydłubać, bo smutno mi jakby bardziej będzie, że one takie malutkie, takie nieżywe bardzo są…
Tak sobie myślę, że usiądę sobie na środku jak ta żaba piękna i mądra, no bo się nie rozdwoję.
I żałuję, że nie mam warkocza. Bo byłoby mnie za co ciągnąć w niedziele po tych górach….

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz