sobota, 25 lutego 2012

o tęsknocie w zasadzie


25 lutego 2012
Dziś rano jak wyjrzałam przez okno aż mnie cofnęło. Padał deszcz, zniknęła biała kołderka, za to w ogródku zakwitły psie kupy. Ot, proza poroztopowa.
Cały dzień kręcąc się po domu rzucałam ukradkowe spojrzenia przez okno a to kuchni a to sypialni, a tam za każdym moim ukradkiem śniegu było mniej, wody było więcej, świat bardziej szarzał i brzydział, a ja coraz bardziej czułam się szczęśliwsza. Potem spoglądałam na ptaki uwijające się przy karmniku – grubodzioby, które odganiały wróble, wróble, które próbowały coś dla siebie znaleźć jednocześnie nie prowokując grubodziobów, a małe zadziorne sikory bujały się radośnie na kulkach, maleńkimi pazurkami wczepione w zieloną siateczkę. Patrzyłam na tą ptasią krzątaninę jednocześnie myśląc o tym, że strasznie naśmieciły tym słonecznikiem, które wraz z kupami psa stanowią dowód jakiejś pokarmowej katastrofy. I uśmiechałam się delikatnie sama do siebie.
Teraz odgrodzona od świata roletami z morzem ciepłym i przytulnym wsłuchuję się w ulewę, która za nic ma ciszę nocną i z całych sił wali w blaszany dach. Dobrze, że nie śpię, bo obudziałby mnie, rozzłoszczona zadzwoniłabym na policję, ale który policjant pofatygowałby się z upomnieniem do niebios? A skoro nie śpię to ze spokojnym uśmiechem zasłuchana jestem w ten łomot milionów kropel. I cieszy mnie niezmiernie to pukanie. Bo mam wrażenie, że to sama Wiosna puka. Mam ochotę wdrapać się na strych i otworzyć Jej okienko dachowe, żeby weszła, ogrzała się i rozgościła na dobre. Bo przecież tak bardzo za Nią już tęsknię…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz