26 grudnia 2012
Jestem już zmęczona świętami. Dziś nie cieszy nawet choinka, co zapewne cieszy P., bo nie zamęczam go co chwila pytaniem „kto ma najładniejszą choinkę, no kto?”…
Zaszyliśmy się na kanapie, każde w swoim końcu, zajęte swoimi sprawami. Niby osobno, ale cały czas razem, splątani nogami pod wspólnym kocem. Lubię tak spędzać wolny dzień, kiedy za oknem taka paskudna pogoda. Co jakiś czas trącam P. stopą, a on odchyla gazetę, zerka na mnie i uśmiecha się. W tle brzęczy radio, co jakiś czas któreś z nas komentuje to co uda nam się wyłowić jednym uchem. Co jakiś czas któreś z nas rzuca się nerwowo w poszukiwaniu pilota, żeby zmienić stację, jak leci coś irytującego.
P. coś marudzi,że jakoś mu zimno i że gdzieś jest przeciąg… Ja, że jestem głodna. W końcu wstaję i podgrzewam nam wigilijną zupę grzybowo – rybną. Przez chwilę w odgłosach z kanapy dominują tylko uderzenia łyżek o miseczki. Po chwili P. mówi, że ta zupka to był dobry pomysł, bo już mu cieplej i już mu nie wieje… Jak komuś będzie ciągnęło po nogach albo wiało po karku niech zje zupkę, najwyraźniej zupa dobra jest na wyimaginowane przeciągi…
Zmęczona jestem. Chyba zaraz wstanę, ubiorę się i posprzątam. Wiem, że są święta, ale w sumie co z tego? Podłoga prosi się o odkurzanie. Psie futerko pomieszało się z igłami, które gdzieś pogubiła sosna i jakoś tak chaos się nam na podłodze zrobił. Powymiatam z kątów okruchy nadziei, która wypadła mi dziś z rąk. Potłukła się na miliony drobnych okruchów, które zawstydzone skryły się po kątach. Powymiatam i spróbuję posklejać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz