24 kwietnia 2015
Dzisiaj wróciłam z pracy, a tam w ogródku siedzi znudzona Teściowa na wiadrze i huśta rozanieloną Pannę M. Zakup huśtawki pewnie okaże się strzałem w stopę, bo mały ssak nie wyraża aprobaty na zaprzestanie huśtania, a sam pomysł wyjęcia jej z zielonej huśtawki torpeduje głośno i dobitnie protestując.
Przyjechał Teść i mówi – ależ wy już macie zieloną, gęstą trawę!
Taaa. No mamy. Bogatemu to i byk się ocieli, a nam trawa obradza. W każdym bądź razie Teście pojechali, P spacyfikował Pannę M w domu i zajęli się jakimiś domowymi sprawami, a ja chwyciłam za kosiarkę i ruszyłam na tę naszą śliczną trawę.
I nawet miło było, nawet panowie kopareczką nie narobili strasznego armagedonu ino malutki (o tym czemu w ogóle byli to może innym razem), dopóki nie dotarłam w rejony, gdzie sobie rył kret. Nie dość, że porobił kopce, niedośc, że powywalał na wierzch jakieś kamyki, grudki i inne elementy niewskazane do koszenia to jeszcze na każdym kopcu pies zrobił kupę… No rozumiem, że czuje się panem ogrodu, jego musi być na wierzchu, ale na listość boską, srać na każdy kopiec? W każdym razie pozostawiał takie wisienki na torcie, a ja w pewnym momencie się wkurzyłam i kosiłam kopce razem z wisienkami. A że jestem leniwa i kosze bez kosza to musiałam unikać tego co wylatywało spod ostrza ;)
Nie lubię kretów. Tzn lubię, bo są miłe i mięciutkie, ale nie w moim ogródku!
Sezon na koszenie uważam za otwarty, zaraz ide spać, bo zasłużyłam, a na fanpejdżu fejsbukowym wrzucam prezent od Frytki. Państwo podziwia i zazdrości, a co!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz