I wzięliśmy i pojechaliśmy. Pierwsza w życiu wycieczka Panny M do zoo. Już w samochodzie na pytanie czy cieszy się, że jedzie do zoo odpowiadała zdecydowane „TAK”, mówiła, że będą zwierzątka: maaa (kot), buuu (krowa lub słoń), łała (pies), pfrrrrr (owca) i dziadzia. Czemu dziadzia trafił do grona zwierzątek nie wiadomo.
Generalnie podobało jej się wszystko. Zaczęliśmy przy zagrodzie z pelikanami. Panna M posadzona na murku uparcie pokazywała liście i patyczki pływające po wodzie, kompletnie nie zauważając ptaków, dopiero jak jeden wstał i rozprostował skrzydła to się zatchnęła i zaczęła do nich machać i coś tam sobie opowiadać. I już w zasadzie wycieczkę po zoo mogliśmy zakończyć, bo bardzo była niezadowolona jak odchodziliśmy. Przekonało ją, że ma zrobić im papa i że dalej będą inne zwierzątka.
W mini zoo jak zobaczyła owieczkę to wykrzyknęła na jej widok „koko”, potem głaskała kozy i na widok siana mówiła „ble”.
Poszliśmy do słonia, no bo to duże, trudno nie zauważyć bydlaka. Panna M owszem, uprzejmie słonia pooglądała, powiedziała jak robi słoń, pomachała mu i pozwoliła wsadzić się do wózka bez protestów. Jak odchodziliśmy od słonia, to nagle zaczęła pokazywać paluszkiem i wołać „buuuu, buuuu”, wyraźnie ożywiona, na co P z dumą stwierdził, że słoń to jej się musiał naprawdę spodobać. Mnie zastanowił bardziej kierunek wskazywania jej paluszka i okazało się, że słoń jej kompletnie nie ruszył, a pokazywała na niebo, gdzie było widać maleńki samolot…. Samoloty jak słonie robią buuuu, ale samoloty są super, bo nad naszym domem przelatuje ich kilkanaście dziennie, co tam jakiś słoń.
No i w zasadzie tyle. Podsumowując wycieczkę największy aplauz wzbudził samolot. A i wafelek do lodów.
Może następnym razem będzie lepiej i znajdziemy lwy i tygrysy, bo tym razem nam umknęły, bo Panna M zgubiła plan zoo, a nam nie za bardzo chciało się ich szukać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz