wtorek, 25 sierpnia 2015

O ponurości melancholijnej

Nawłocie zakwitły, więc śmiało można rzec, że jesień przyszła. A wiadomym jest, że nawłociami… wróć!… mimozami jesień się zaczyna. A jak kwitną mimozy… wróć!… nawłocie mnie zawsze dopada ponurość i melancholia. Tegoroczna połączyła się z za krótkim urlopem, ze zbyt krótkimi wakacjami, z wrażeniem, że Los szyderczo się ze mnie śmieje przypominając o decyzjach sprzed kilku lat, które teraz dość mocno zaczynają uwierać. Końcówka urlopu to szalony galop i załatwianie pierdyliona spraw…
Tegoroczny, króciuteńki wypad nad morze nie ukołysał szumem fal tylko zirytował tłumem ludzi i upierdliwą mżawką. Przydałoby się zastosować góroterapię, ale o ile Serce skomli „jedź, choć na dzień, ale jedź”, to Rozsądek warczy „najpierw napraw idiotko kolano, bo narobisz kłopotów sobie i innym”.
A ja jestem zmęczona. Tak strasznie zmęczona, zniechęcona, najchętniej rzuciłabym wszystko i wszystkich w diabły, zaszyła się gdzieś sama i cieszyła spokojem świętym.
Chyba nie tak to wszystko miało być :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz