wtorek, 20 marca 2012
o mewie poniekąd
20 marca 2012
Z przyzwyczajenia, bo przecież nie z przymusu, zaglądam codziennie na stronę Zakopanego i sprawdzam co tam w Tatrach słychać, wchodzę na stronę TOPRu i zaglądam nad Morskie Oko i do Piątki. Gdy nie widzę nic to jakoś mi smutniej, że mi Tatry schowali, a kiedy błękit nieba i słońce szaleją nad ostrymi krawędziami poszarpanych grani to czuję leciutkie ukłucie żalu, że jestem tu gdzie jestem, a nie tam.
Ale ostatni zauważyłam, że wchodzę na te strony, rzucam okiem i szybko biegnę palcami po klawiaturze by odwiedzić inne miejsca.
Za to czuję, że tęsknię za morzem. Tak fizycznie. Nawet w pracy wyrzuciłam z tapety widoczek z ostatniego pobytu, bo jakoś mi smutno było za każdym razem jak uruchamiałam komputer, że mnie tam nie ma. Na pulpicie co rano witają mnie bieszczadzkie połoniny okryte mgłami, a ja bez emocji, nawet nie mówić im "dzień dobry" uruchamiam Outlooka i idę parzyć herbatę.
Chciałabym nad morze. Chciałabym bardzo, żeby rano obudziły mnie mewy. Przeciągnąć się w łóżku i mieć świadomość, że ono jest tak niedaleko, że wystarczy spłukać z siebie sen, zjeść tosta, wyjść i go poczuć, usłyszeć, zobaczyć.
Chciałabym poczuć wilgotny wiatr na twarzy, niecierpliwie plątający włosy. Chciałabym znów poczuć piasek pod palcami. Chciałabym usłyszeć uspokajający szum. Chciałabym spojrzeć w oczy mewie.
Chcę nad morze…
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz