niedziela, 22 kwietnia 2012

o ołowiu i takich tam niedzielnych sprawach


22 kwietnia 2012
Taki się dzień zapowiadał piękny, a tu chmury przyszły i szlag trafił błękit nieba, słońce poszło precz. Chmury ciężkie za oknem, a moje powieki jak te chmury ciężkie. Górne rzęsy uparcie chcą spleść się w uścisku z dolnymi, a ja jak ta przyzwoitka, psia jej mać, walczę, pilnuję, strzegę, żeby się choć nie dotykały dłużej niż oka mgnienie, mrugnięcie w zasadzie.
Tak coś mi się widzi, że idzie deszcz…. Co byłoby niejako uzasadnione tym, że korzystając z wolnej chwili i za nic mając "dzień święty święcić" robię wiosenne porządki w szafie i wyprałam grube zimowe swetry, golfy, sukienki, aby uzbrojone w delikatny zapach płynu do prania czekały jesieni… Pranie wisi, więc pewnie deszcz już o tym wie. Wysłał chmury – zwiadowców i pewnie sam teraz rączo zbliża się ku mojemu praniu…
A w ogóle to mirabelka, proszę ja Was, ma znów pierdyliardy małych białych kwiatków…. Mówili mi, że taka klęska urodzaju jak zeszłoroczna to rzadko się zdarza… Znaczy się cud będzie, bo zapowiada się znów inwazja małych śliwek? No nie wiem, na wszelki wypadek będę płoszyć pszczoły z ogrodu, niech sobie zapylają coś innego…
… kawka z adwokatem może?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz