piątek, 13 września 2013

Bo kiedyś wezmę i zwariuję!


13 września 2013
To co ja wczoraj wieczorem przeżyłam to się kwalifikuje do jakiejś trwałej traumy. Gdybym paliła to pewnie odpalałabym jedną fajkę od drugiej, trzęsącymi się dłońmi nie mogąc trafić jedną na drugą. I pewnie wychyliłabym kilka głębszych, mimo tego, że wódki czystej nie cierpię.
Otóż. Wczoraj zbierałyśmy te takie pałki tatarakowe i przez chwilę jechały w samochodzie. Pałki szybko wysiadły, samochód stał pod domem z uchylonymi oknami. Wieczorem jadę po P., wsiadłam i tak sobie pomyślałam, że mam szczerą nadzieję, że żaden pajonk nie wsiadł do samochodu jak ten stał pod domem. Dojechałam, postałam chwilkę pod dworcem, przyjechał P. jedziemy do domu. Ruszam ze świateł, a tu nagle czuję jak coś mi się z włosów zsuwa na szyję. Strząsam to coś ręką, jeszcze łudząc się, że to jakiś niesforny kosmyk włosów mnie załaskotał, ale w świetle ulicznej latarni widzę na polarze pajoncura z wielką dupą. Zaczęłam go strzepywać, P. się wystraszył, że coś mi jest i chcąc mnie ratować zaczął mnie klepać po brzuchu. Staram się jechać, staram się w nic nie wjechać, otrzepuję się, z płaczem w głosie warczę do P., że ma mnie w tej chwili przestać bić po brzuchu, bo przecież tam jest kuźwa dziecko, P. zestresował się tym jeszcze bardziej… Zjechałam na stację benzynową, wyprułam z samochodu, P. w świetle mikrolatareczki szukał pająka, ale go nie znalazł… Oddałam mu kluczyki, wsiadłam na miejsce pasażera i całą drogę nerwowo rozglądałam się po samochodzie. Z tego wszystkiego rozbolał mnie brzuch i generalnie płacz miałam na końcu nosa. W domu dostałam meliskę, kocyk i powoli świat wracał do normy. Siedzę w fotelu, sączę meliskę, P. opowiada jak mu minęły dwa ostatnie dni, a kątem oka zauważam ruch niedaleko okna. Patrzę, a po wykładzinie dziarskim krokiem zapieprza pajoncur – kątnik większy… P. się zerwał bez zwyczajowego narzekania, że mam nie histeryzować i utłukł dziada…
Przed pójściem spać dokładnie pooglądałam sypialnię, ale nikogo więcej nie było.
Bo w ogóle to chyba nie było mowy o tym, że jakieś 1,5 tygodnia temu w kuchni na ścianie siedział kątnik, ale wielki jak kurwa mać (wchodzi do baru Meksykaniec, wielki jak kurwa mać – cytat z Desperado). P. się z nim rozprawił, za dwa dni stojąc w kuchni i rozmyślając o tym, że limit wielkich pajonków w domu chyba się wyczerpał, widzę jak przez uchylone okno włazi następny kątnik. Zginął również, a na następny dzień we wszystkich oknach zainstalowałam moskitiery… Więc nie mam pojęcia skąd się wczoraj ta menda wzięła w domu…
No ale. Dziś mamy jechać, miałam iść po samochód, ale stanęło na tym, że jadę jako pasażer, więc samochód przyprowadził P. Podjeżdża i mówi, że na całe szczęście to on poszedł do garażu, bo w samochodzie sieć rozpiął sobie ten wielkodupiec co mnie wczoraj macał po szyi….
Tak po prawdzie to czekam już trochę na zimę, bo to nie na moje nerwy. Takiej inwazji pająków to jeszcze nie miałam w domu, w samochodzie… Jeszcze dzisiaj jak sobie to wczoraj przypomnę to mi jakoś tak straszno…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz