Wiatr halny towarzyszy mi od zawsze. W mojej rodzinnej miejscowości, mimo, że oddalonej od gór całkiem spory kawałek, kiedy nagle przychodziło ocieplenie i wmagał sie wiatr od razu było wiadomo, że w Tatrach halny. Tu gdzie teraz mieszkam w niewielkim stopniu, ale jest odczuwalny.
Mówią, że halny zrobi z ciebie wariata. Że to wiatr szalony, wpływający na psychikę. Gdy wieje ludzie popełniają więcej samobójstw, pojawia się więcej aktów agresji. Na mnie zawsze działał niepokojąco.
Ale nie tym razem. Nie byłam w Tatrach, byłam w Beskidach. Wczorajszego popołudnia już było czuć, że coś się święci, powietrze stało w miejscu i było ciężkie, lepkie i sprawiało wrażenie jakby mu ktoś tlen zabrał. Wieczorem zaczęło wiać. Niezbyt mocne, ciepłe podmuchy i delikatne świstanie wiatru w kominie.
W nocy obudził mnie głośny, jednostajny szum. Nie swoje łóżko, nie swoja pościel sprawiły, że przez moment nie wiedziałam co się dzieje ani gdzie jestem. Szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w ciemny prostokąt okna za którym gałęzie w szalonym tańcu splatały się ze sobą, a wiatr porywał liście i drobne gałązki. Wsłuchana w jego świszczenie, momentami wycie w kominie i szparach, o których nikt nie wie, pozwoliłam ukołysać się tą jedyną w swoim rodzaju kołysanką i zasnęłam. Przebudzałam się jeszcze kilka razy, za każdym razem usypiał mnie wiatr.
Poranek był wietrzny, ciepły,słoneczny. Wyszłam z domu i ciepły podmuch uderzył mnie w twarz, splątał włosy, rozwiał myśli. Na jedną, krótką chwilę zamknęłam oczy, pozwoliłam by halny poszarpał ubranie, przeczesał włosy, ciepłym pocałunkiem omiótł zamknięte powieki. Tym razem halny nie rozdrażnił, nie zaniepokoił. Ukołysał do snu, a rano na chwilę przewietrzył głowę i wzbudził niesamowitą tęsknotę by dać się porwać, unieść i trafić nie wiadomo gdzie. A przynajmniej oddać mu wszelkie smutki, zmartwienia. Tak by choć na chwilę, na moment jeden przeminęły z wiatrem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz