19 maja 2011
Dziś zrobiłam po raz pierwszy od długiego czasu coś DLA siebie.
Mianowice stanowczo zażądałam dwóch dni wolnego. I je dostałam, niekoniecznie bez walki, ale jednak.
I uczyłam się. Ale jakże mi dobrze było z tą nauką.
W ogrodzie, na leżaku, ze szklanką chłodnej wody, z kolorową kanapką z pomidorem, serkiem i pomarszczoną śmieszną sałatą.
W towarzystwie pszczół, które dzielnie buszowały w resztkach mniszków, nurkując główkami pomiędzy żółtymi "kłaczkami", z parą szpaczków, które niezmordowanie dokarmiały swoje dzieci, które siedzą w szparze w murze chlewika. W towarzystwie maleńkiej modraszki, która postanowiła zamieszkać w słupku przy furtce.
Gdy zamknęłam oczy poczułam się jak na wakacjach na wsi – brzęczące owady, śpiewające ptaki i piejący od czasu do czasu kogut u sąsiadów.
Dobre to było przedpołudnie.
A na dyżur Kocur przyniósł mi cały talerz naleśników z powidłem śliwkowym i z żurawinami, kubek herbaty i deser.
Dzień pomału się kończy, za chwilę kończy się dyżur, a ja siedząc przy otwartym oknie, leniwie uśmiecham się do tego dzisiejszego dnia. Takiego mojego, spokojnego, dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz