niedziela, 11 września 2011

o dupie Maryni jako takiej


11 września 2011
No i skończyło się rumakowanie.
Dziw nad dziwy, bo wcześniej, SAMA, bez rewolweru przytkniętego do skroni albo pod groźbą zrzucenia na mnie pająka, wróciłam do domu z Taterów. Jakoś nie Tatr chyba potrzebowałam w te wakacje. Choć w wyjeździe jak dla mnie to nie góry grały pierwsze skrzypce, a możliwość pobycia sobie w towarzystwie Dronki. Tego mi mało, gór wystarczy na ten rok, bo nie planuję powrotu w Tatry w tym roku. Za to nad morze i owszem!
No a po powrocie jak to po powrocie, zrobił się chaos w domu, który teraz próbuję ogarnąć i jakoś mi średnio idzie.
W skrzynce mailowej czekał na mnie mail od Ukraińca dla którego jestem całym światem i już nie może się doczekać kiedy mnie zobaczy…. Hmmm, teraz siedzę i się zastanawiam skąd mnie ten Ukrainiec wytrzasnął. I mam nadzieję, że go nie spotkam w październiku. Choć tak głębiej się nad tym zastanawiając mogłabym go wykorzystać do przekopania mi tego cholernego ogrodu. Skoro jestem dla niego całym światem, to na odrobinę poświęcenia powinno go być stać…. A potem zrobić smutną minkę i trzepocząc rzęsami westchnąć, że jednak nie jesteśmy dwiema połówkami tej samej pomarańczy…. Pomyslę o tym później.
Za to odkąd jestem w domu oglądałam dwa straszne filmy. Najpierw w piątek całkiem przez przypadek zaaplikowałam nam "Transformersów", gdzie kosmici byli albo samochodami albo aotorobotami, choc przesadzili trochę, kiedy z jednej osobówki robił się robot, który był wielkości 5 TIRów…. Taaa, skąd on nabrał nagle tyle materiału do takiego wzrostu, skoro potem całkiem zgrabnie zmieniał się znów w osobówkę. Poza tym kosmiczne roboty mówiły po angielsku.
A wczoraj obejrzeliśmy Bonda. Cienki był bo nie grał Sir Thomas Sean Connery, a w Bondzie to była w zasadzie jedyna atrakcja… Choć na szczęście wczorajszy Bond nie miał kaloryfera na brzuchu…. Za to miał podręczny zestaw reanimacyjny w skrytce samochodowej i pięć minut po tym jak prawie nie żył wymuskany i odprasowany usiadł do kart…. Może powinnam taki mieć w szafce w pracy…. I sztylet w długopisie, tak na wszelki wypadek.
Aleeeee…. Ale przypomniało mi sie, że te filmy to i tak nic w porównaniu z filmem jaki zaserwował nam Kocur w Łebie. "Być jak John Malkovich"…. Łoj.
No a teraz powoli zacznę robić się na bóstwo, bo jadę w odwiedziny do Kota Łobuza. Przecież nie pokażę się mu jak ostatni wycieruch…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz