sobota, 22 czerwca 2013
Jak to na fsi fajnie jest!
22 czerwca 2013
Po tych wszystkich latach mieszkania nie w bloku tylko w domu prywatnym, tylko z przekąsem uśmiecham się jak ktoś wzdycha z zazdrością i mówi „a bo Ty to masz tak super, cisza, spokój, z dala od ulicy, przyroda…”
Otóż jak mieszkaliśmy w D. to na początku było super – cisza, spokój, dookoła las, w nocy ciemno, latały świetliki, a sarny pasły się za płotem. Ale potem postawili przed domem latarnię, która w nocy świeciła prosto w nasze okna, więc przestało być ciemno a i świetliki gdzieś się wyniosły. Jak grzyby po deszczu zaczęli się pojawiac sąsiedzi i budować domy. Nie było roku, by od wiosny do późnej jesieni nie było w sąsiedztwie budowy z jej wszystkimi urokami – betoniarki, pilarki, koparki, kurz, pył, hałas, robotnicy sikający pod płotem i nieodzowny element każdej budowy – na maksa włączony RMF, którego robotnicy nie słyszą, bo warczą, ryczą, piłują, a po okolicy niesie aż miło. Taki stan trwa tam do dzisiaj…
A tutaj jest spokojniej. Nikt się nie buduje, nie ryczy znienawidzonym RMFem, ale za to co chwilę ktoś coś kosi, coś wykasza, żywopłot przycina, tnie drewno przed zimą. Niedaleko lotnisko, więc samoloty latają co chwilkę, z obwodnicy słychać cały czas ruch samochodowy…Rzadko trafia się dzień, kiedy słychać ptaszki.
Ale nic to, przywykłam i jakoś mi to przestaje przeszkadzać, a nawet pewnie łyso by mi bez tego wszystkiego było.
Ale dzisiejszej nocy to myślałam, że szlag mnie trafi. Wieczorem gorąco, trudno znaleźć dogodną pozycję do spania, do tego latają komary. Otwarte okno – chmara krwiopijców. Zamknięte okno – śmierć z braku tlenu. P. wytruł komary smrodkiem w kontakcie, udało się zasnąć. Obudziły mnie psy. Nie wiem co się działo, ale się darły jak głupie, może próbowały odstraszyć komary. Zdzierżyłam psy. Jeszcze było całkiem ciemno jak jakaś urocza, maleńka ptaszyna o gromkim głosie i zdrowych płuckach, dała nam popis swoich treli siedząc na czereśni albo śliwce. Po chwili dołączyły do niej inne urocze ptaszęta o równie zdrowych płuckach, wyśpiewując gromkimi głosami chwałę dla wstającego słońca. Zdzierżyłam. W międzyczasie wzmógł się ruch na obwodnicy, ale to jakoś tak tylko zarejestrowałam mimochodem, nie zgrzytając zębami. Psy zasnęły, ptaszęta raźno kwilą, samochody jeżdżą, ja powoli przywykam do dźwięków owych, a tu się kogut obudził… I dawaj, co chwila piać. Kury chyba się o coś pokłóciły, bo jakiś rwetes od kurnika dochodzi, kogut pokrzykuje…. Ptaszęta jakoś ucichły z letka, za to na śliwkę przyleciała sroka i rozdarła się w swój uroczy sposób. I jej już nie zdzierżyłam. Wypadłam z łóżka do okna, przegoniłam dziada i teraz się snuję pod domu jak zombie….
I żeby jasność była – uwielbiam mieszkanie w domu, ale jak mam raz na bardzo rzadko wolną sobotę to naprawdę chciałabym się trochę wyspać….
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz