.
11 października 2012
Instytut Onkologii z zewnątrz wygląda zwyczajnie, ot kilkupiętrowy, duży budynek. Wokół trochę zieleni, ciąg dalszy miasta. Mnóstwo samochodów wokół, trudno znaleźć wolne miejsce. To znaczy, że dużo ludzi potrzebuje pomocy onkologów… Gdy jesteś w środku co jakiś czas mijają cię ludzie w chustach na głowach, z poważnymi oczami w wychudłej twarzy. Ale częściej mijają cię ludzie, którzy wyglądają na całkiem zdrowych. Przechodzi lekarz, dwie pielęgniarki opowiadają sobie o przygodach wnuczka w przedszkolu, idzie robotnik w pobrudzonych spodniach, a na ramię ma zarzuconą wielką wiertarkę. Ot zwykła krzątanina w przychodni. Ale kiedy przechodzi koło ciebie kilkuletnia dziewczynka zamierasz w bezruchu. Jednocześnie rejestrujesz jej duże, podkrążone oczy pod łukami brwiowymi pozbawionymi brwi, kolorową bandamkę, spod której nie wysmykują się niesforne kosmyki, patrzysz jak kurczowo zaciska rączkę na brunatnym misiu, a rączka ta jest uzbrojona w wenflon. Patrzysz i czujesz jak coś chwyta cię za gardło, jak coś w twojej głowie chce byś jak najszybciej wybiegła z tego budynku, byle dalej, byle szybciej, uciekła z tego miejsca i już nigdy nie wróciła. Chciałabym już nigdy nie musieć tam jechać, nawet tak jak tym razem – jako kierowca…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz