28 maja 2014
Niby nic się nie działo przez ostatni czas, a jestem zmęczona jak koń po derby…
Pierwszy wyjazd Panny M za nami. Pojechaliśmy do B. na weekend, celem spotkania się i jednoczesnego przetestowania opcji „Panna M funkcjonująca poza domem i bez karuzelki”. Zdała egzamin śpiewająco. Najcudniejsza była w samochodzie. Pół drogi spała, a drugie pół śpiewała do smoczka i radośnie pluła i prychała, za nic sobie mając korek, gorąco i nieożność zmiany pozycji. Wyszło nam, że Panna M to całkiem niezły brzdąc wyjazdowy i zamierzamy w tym się w tym przekonaniu utwierdzić i wywieźć ją na Mazury.
Spotkanie z B. było jak zwykle za krótkie. Za mało mi Jej :( Widzimy się zdecydowanie za rzadko, a jak już to zdecydowanie za krótko. Po głowie chodzą mi jesienne wspólne Tatry, choć na moment, zabrałabym Pannę M nad Morskie Oko, bo tam bez problemu dotrzemy wózkiem. Będzie B., będą Tatry, będzie dobrze.
Za mną mój pierwszy w życiu Dzień Matki… Spędziłam go zmęczona, obolała i zestresowana, bo dopadł mnie zastój pokarmu i zamiast prawej piersi miałam bolesny głaz… Zapamiętam chyba ten dzień na długo…
A poza tym upały na przemian z burzami, wykończy mnie ta huśtawka pogodowa. Chwilowo oczekuję na powrót moich sił witalnych, jakiegoś zastrzyku energii, bo kiepsko to widzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz