28 października 2014
Ciepły i pełgający płomień lawendowej świecy, zapalona w kącie lampa, zasłonięte rolety ze zdjęciem nadmorskiego zachodu słońca i cicho mruczące kaloryfery nadają wieczorowi przytulności i bezpieczeństwa. Zwinięta na kanapie wsłuchuję się w kojące „ciiiii”, mruczane w sypialni przez P., który usypia Pannę M. Z głośników laptopa cichutko sączy się Imany. Piszę, co chwilę przerywając, by ogrzać palce o kubek z ciepła herbatą z imbirem i ugryźć kanapkę ze świeżego, pachnącego i chrupiącego chleba. Pewnie nakruszę, ale co z tego? Jest dobrze. Moje ciało przy każdym ruchu mówi mi, że jutro będą mnie bolały mięśnie po dzisiejszym basenie, ale taki ból lubię. Dzisiejszy wysiłek, ramiona rozgarniające wodę, spokojny wdech, wydech dały dużo radości i satysfakcji. Daleko mi do czasów, kiedy w niecałe 45 minut przepływałam 30 długości basenu, ale to krok do przodu, by znów zacząć pływać, zacząć się ruszać, zacząć żyć życiem swoim, własnym, a nie tylko rytmem dnia niemowlęcia.
Dzisiaj jeszcze z obowiązków tylko włączenie zmywarki. A potem gorący prysznic, wieczór z P., kilka stron „Bokserki”, zasłużony sen. To był dobry dzień. To jest dobry wieczór. Od nie pamiętam kiedy jest mi dzisiaj dobrze samej ze sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz