poniedziałek, 8 czerwca 2015

O instrukcji, kosiarce, ranach odniesionych w boju i plasterku z żuczkiem


8 czerwca 2015
Pierwsza zasada każdej instrukcji użytkowania jakiegokolwiek przedmiotu to zasada zapoznania się z instrukcją obsługi. Zapoznałam się. I w niej jak wół było napisane, że pod żadnym pozorem nie należy kosić trawy kosiarką ze zdjętym koszem. Kropka.
Oczywiście, że koszę bez kosza. Kosz jest taki malutki, że co 5 m musiałabym się zatrzymywać i go opróżniać. Nie mam na to ani czasu ani ochoty. A szkoda mi zmieniać kosiarkę na taką z większym koszem skoro obecna działa i jestem z niej zadowolona.
Zawsze koszę bez kosza, ale za to w okularach ochronnych. I wczoraj też tak było. Se koszę, koszę, nagle łup, oberwałam czymś w głowę, konkretnie w czoło na linii, gdzie zaczynają się włosy. Zdążyłam puścić kosiarkę, wychrypieć rozzłoszczone qrwa i krew mnie zalała. Dosłownie. Z czynnym jednym okiem, no bo drugie tonie we krwi lecę do domu, dobijam się – nie mogę otworzyć sama, bo w obie ręcę łapię krew, żeby z ganku nie zrobić rzeźni. P jak mnie zobaczył szybko zaciągnął mnie do łazienki, tam ja się opłukałam, a on mi przygotował gaziki, środek odkażający i opatrunek, a zaaferowana Panna M kręciła się między naszymi nogami wielce niezadowolona, bo nikt nie chciał jej wziąć na ręce.
No. Krwi mnóstwo, a rozcięcie nawet chyba nie na 1 cm. Zaklejone plasterkiem i po całym ambarasie.
Dzisiaj poszłam do pracy z naklejonym na czoło kolorowym żuczkiem, bo w domu tylko dziecięce plasterki – efekt wizualny na fejsbuczku.
Także ten tego, moje drogie Czytelniki, najpierw instrukcje czytamy, a potem się do nich stosujemy. A ja zamierzam nabyć przyłbicę. Najlepiej używaną, od jakiegoś rycerza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz