Tak sobie siedzę i sobie myślę (owszem, zdarza mi się), że niektórzy ludzie mają genialną wprost zdolność wyprowadzenia mnie z równowagi jednym słowem. Doprowadzenia mnie maleńkim słówkiem do szału, do furii, do łez.
I sama nie wiem czemu im na to pozwalam. Za każdym razem obiecuję sobie, że to był TEN OSTATNI RAZ, ale potem złość mija, łzy schną, a kilka ciepłych słów sprawia, że moje postanowienie pęka jak bańka mydlana. Aż do kolejnego "jednego słowa"…
Tak, wiem, jestem niekonsekwentna. Ale o tym pomyślę innym razem, dziś smuci mnie to jedno słowo. Rzucone ot tak, być może przez przypadek, być może bez zamiaru zranienia, a być może z zimnym wyrachowaniem, powiedziane by zadać ból. Ale to ciągle o jedno za dużo.
A poza tym jest troszkę zbyt zimno, zbyt wilgotno i zbyt niefajnie by chciało mi się cokolwiek. Smucenie wychodzi mi tak jakoś mimochodem…
A co to jest: ma dwie nogi i krwawi?
… pół kota….
Dobra, idę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz