1 czerwca 2014
Niedziela. Świeci słońce, jest dość ciepły dzień. Jadę do sklepu, okna w samochodzie pootwierane, łapię wiatr we włosy i pewnie dopraszam się o przeziębienie, ale czort z tym, dobrze mi. Trafiam na jakiś zator na drodze, wszyscy wloką się metr za metrem. W radiu nagle puszczają starą piosenkę Bajmu – Piechotą do lata. Uwielbiam ją. Za Bajmem nie przepadam, ale z tą piosenką wiążą się cholernie miłe wspomnienia. Podkręcam głośność i sama nie wiem kiedy zaczynam sobie głośno śpiewać razem z Beatą. Korek dalej trwa w najlepsze, Beata śpiewa, ja z nią – do laaata, do laaaaata, do laaaaata piechooooootą będę szła a a a a a jejeje…
- Kompletnie nie potrafi pani śpiewać, ale to wyjątkowo urocze wykonanie! – nagle słyszę od strony pasażera.. Przestraszona i zbita z pantałyku patrzę, a z chodnika uśmiecha się do mnie jakiś pan i puszcza do mnie oko. Ja czuję jak na twarz bucha mi piekielny ogień wstydu, a pan mówi – do zobaczenia, szerokiej drogi – i odchodzi uśmiechnięty, a ja zostaję w tym korku zawstydzona, jednak po chwili zaczynam się śmiać jak szalona i radośnie kończę z Bajmem je je je…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz