23 listopada 2014
Wyszło na to, że Pannę M dopadło jakieś upiorne, chorobowe combo..
Najpierw miała krostki na tułowiu – od poniedziałku wieczór. Potem w środę wieczór pojawiła się gorączka.
W czwartek rano lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej jedno z drugim nie ma nic wspólnego, ma gorączkę, powiększone węzły chłonne i zaczerwienione gardło – to pewnie coś wirusowego, a krostki to inna bajka, bo wyglądają na uczulenie. Potwierdził, że to może być reakcja na ubranko.
W czwartek utrzymywała się gorączka, krostki pomalutku bladły. W piątek gorączka była non stop, Panna M wyglądała jak kupeczka nieszczęścia i spędziła dzień przytulona do mnie i marudząca cichutko. W sobotę gorączka była, ale jakby mniejsza, na wieczór plamki się zaogniły i pojawiły się nowe.
Dzisiaj już bez gorączki, ale za to obsypany czerwonymi plamami cały brzuch, plecy, szyja, i ramiona.
A noc wczorajsza była koszmarna, bo prawie cała przepłakana, niespokojna, zła.
No i wyszło na to, że krostki to raz – może od ubranka. Gorączka, gardło, węzły chłonne i czerwone plamy to dwa – klasyczna trzydniówka, objawy podręcznikowe. Niespokojna noc to trzy – efekt wyrzynającego się, kolejnego zęba.
Mam nadzieję, że dzisiaj będzie spokojniej, bo chodzę po ścianach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz