4 listopada 2014
W czwartek przed Wszystkimi Świętymi jak byłyśmy z Panną M po chleb w piekarni to plątał się tam mały, brązowy kundelek. Jak dojeżdżałyśmy do piekarni to stał na środku drogi i usiłował dać się przejechać przez samochody, a potem podreptał za nami do sklepu. Obwąchiwał sobie wózek, jak kucnęłam to nieufnie powąchał moje wyciągnięte w jego stronę palce i wyraźnie przestraszony dał się pogłaskać po łebku. Nawet nieśmiało merdnął ogonkiem. Jak ruszyłyśmy w drogę powrotną to kawałeczek szedł z nami, a potem zniknął między domami.
W niedzielę wieczorem podjechaliśmy po chleb samochodem, piesek był pod piekarnią. P. wyszedł kupić chleb, widziałam, że rozmawia z właścicielką, potem jeszcze zatrzymał się przy psiaku i wsiadł wyraźnie poruszony. No i oznajmił mi, że tego pieska, a w zasadzie suczkę to ktoś w środę wyrzucił i tak się pląta tutaj od środy. Jak zapytał panią w piekarni czy ktoś mu dał chociaż coś do jedzenia, to ona oschle stwierdziła, że nikt tu tego psa dokarmiać nie będzie, bo nie jest on tu potrzebny.
Daliśmy pieskowi żółtego sera i wędzonego kurczaka, bo akurat to mieliśmy przy sobie, a w poniedziałek z samego rana zadzwoniliśmy do urzędu i zgłosili, że jest wyrzucony, bezpański piesek. Pani w urzędzie wysłała tam firmę, która miała odwieźć pieska do schroniska i poprosiła tylko, że jakbyśmy tam byli w okolicy to, żeby zwrócić uwagę czy on tam jeszcze jest, bo nie zawsze firmie udaje się pieska złapać za pierwszym razem. Dzisiaj byliśmy, inna pani w piekarni powiedziała nam, że wczoraj pieska zabrała jedna z klientek, więc znalazł nowy dom.
I niby historia z happy endem i żyli długo i szczęśliwie, ale najbardziej mnie rozwaliło to, że słowa o niedokarmianiu i niepotrzebności pieska wygłosiła pani, która ile razy jest akurat w sklepie to słucha Radia Maryja, czytuje „Różaniec”, a nad swoim stołeczkiem ma na ścianie obrazek Jezusa, a obok świętego Franciszka. Zwłaszcza ten święty Franciszek jej do towarzystwa pasuje jak kwiatek do kożucha. I rozumiem, że nie każdy może przygarnąć bezpańskiego psa, bo nie chce, nie ma warunków itp. itd., ale telefon do odpowiednich służb może już wykonać każdy. Jeden telefon, to prawie nic nie kosztuje, poza kilkoma impulsami na rozmowę, a może psu uratować życie. Ale lepiej jest klepać bezmyślnie zdrowaśki pod świętym Franciszkiem niż samemu pomóc swojemu bratu mniejszemu. Smutne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz