10 grudnia 2014
Przyzwyczaję się do luksusu, tak? Naiwność ma granic nie zna. Dzisiaj zapakowaliśmy się wszyscy do tego zastępczego cuda, Panna M z lekkim fochem, bo została zapakowana w swój pierwszy fotelik – kubełek, w którym bardziej leży niż siedzi. No i nie widziała co za oknem, bo to nisko, nie to co jej kosmiczny fotel, który został z naszym autem w warsztacie. Śmy na basen jechali, a po drodze mieliśmy wstąpić do serwisu oddać jedno upoważnienie. Nagle coś zrobiło ciche „bum”, a po kilkuset metrach strasznie zaczęło się tłuc. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że złapaliśmy gumę, ale byliśmy już naprawdę niezbyt daleko od salonu samochodowego, więc powolutku się tam dotelepaliśmy. Guma.Kapeć kompletny.
Panowie zabrali zepsute koło, przy okazji stwierdzili, że zmienią opony na zimowe (HELOŁ, mamy grudzień!!!!!). A zepsute koło muszą sprawdzić czy da się je naprawić, bo jak nie to zapłacimy 250 zł za zepsucie koła. Pan w serwisie stwierdził, że trzeba się było natychmiast zatrzymać i wezwać assistance, wzięliby nas na lawetę, zapłacilibyśmy 30 zł, a tak to nie wiadomo co będzie. Już nie bardzo umiał odpowiedzieć, kiedy spytałam jak to sobie wyobraża tą lawetę z małym dzieckiem, na mrozie… Rzucił tylko „no niech pani nie przesadza, to niezbyt daleko było”. No niezbyt, ale jakoś nie byłam przygotowana na dłuższe spacery z niemowlakiem na ręku.
No i takie to luksusy. Nasze wozidło najprawdopodobniej będzie do odbioru dopiero w piątek, jutro się nigdzie nie ruszam, niech te luksusy se w garażu stoją.
A, podobno najechaliśmy na gwóźdź. Ja tam nie wiem, ale wydawało mi się, że na drodze to gwoździe, o ile są na drodze jakieś gwoździe, to płasko leżą. Ale ja tam się nie znam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz