10 września 2010
… ale potem oddałam.
A było to tak.
Wracam sobie dziś z pracy, jadę sobie jadę, a tu samochód przede mną, na zakręcie, prawie potrącił szczeniaczka. Szczeniaczek czmychnął na chodnik, po czym chciał zostać przejechany przeze mnie.
Zatrzymałam się. Wzięłam psiaka ściągnęłam z jezdni, zaczął mnie radośnie podgryzać. I co dalej? W pobliskim domu nikt nie otwiera, psiak znów gdzieś na drogę się wybiera, samochody jeżdżą… Oczywiście awaryjny telefon do Kota, że znalazłam szczeniaczka, że co ja mam zrobić, że nie chcę go zostawić, ale nie chcę go komuś ukraść. Kota decyzja błyskawiczna – bierz szczeniaczka, Pablusek się ucieszy!
Pablusek i owszem, ale Inka to już niekoniecznie, a teście jak wrócą to wprost oszaleją ze szczęścia…. Ale szczeniak myk do bagażnika, ja za kierownicę, jedziem!
Dojechalim, szczeniaczek zaprzyjaźnił się od razu z Pablusem, a my dostaliśmy zgryza z serii I CO DALEJ? Zaraz wyjeżdżamy, powrót szykuje nam się na 21, a tu mały psiak.
Spakowaliśmy psiaka do samochodu i jedziemy pod ten dom gdzie nikogo nie było, a w pobliżu którego szczeniaczek się pałętał.
Dzwonię. Nic. Wróciłam do samochodu, przejęłam na kolana szczeniaczka, poszedł Kot. I Kot spotkał pana, który powiedział, że szczeniaczek jest jego. Szczeniaczek to Brutek i musiał wyjść jak pan był w pracy. Trochę to szemrane tłumaczenie, pan w ogóle się średnio przejął tym, że Brutka o mało co znów prawie rozjechało, Brutek nie wykazał dzikiej radości na widok pana, pan nawet spytał czy my aby Brutka nie chcemy…. Hmmm…. Stanęło na tym, że pan z Brutkiem oddalili się do domu, pan nam bardzo podziękował i tak o.
Ale z podejściem pana to ja Brutkowi długiego, szczęśliwego życia nie wróżę :( A taki fajny Brutek….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz