wtorek, 8 maja 2012

o bojówkach, sandałkach i termosie co to go nie mam


8 maja 2012
Pojechałam kupić sobie spodnie. Spodni nie było. Miałam też zamiar nabyc termos. Nie było takiego jak chciałam. Miałam sobie kupić jakies buty do latania po ogródku. A zamiast tego wszystkiego kupiłam sobie kolejne sandałki… Tak mówiły do mnie wyraźnie, weź nas, weź, no to wzięłam niebożęta. No i są. A spodni i termosu nie ma.

Dzieci dziś powiedziały mi, że panie ubierają się kolorowo i mają dużo biżuterii, żeby zainteresować sobą kogo? No kogo? Taaa, faceta od razu. SROKĘ! No i jest w tym jakas głębsza logika. Chyba, dziś nie mam siły na nic głębokiego. Po nabyciu sandałków polatałm sobie z kosiarką po ogrodzie, mam śliczniutki trawniczek i chorobę wibracyjną w kciuku. P. chyba za słabo wkręcił ostrze i kosiarka strasznie wibrowała… To chyba nie za dobrze, nie?

A w ogóle to moje plany na przełom czerwca i lipca poszły się przed momentem bujać, bo P. uświadomił mi, że 30 czerwca idziemy na wesele do kolegi… Ech, też mu się zachciało, naprawdę!

Pora na kąpiel i kieliszek wina, na nic innego na razie mnie nie stać…

A w ogródku nawtykałam sobie fafnaście nowych roślinek i obawiam się, że jak się to wszystko przyjmie to moja rabatka będzie wyglądać jak dzika wizja szalonego ogrodnika… I bardzo dobrze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz