13 kwietnia 2014
4 miesiące za nami. Czuje się jak Robinson wywalony na obcej wyspie – każdego dnia odkrywam coś nowego. Panna M jest jako ten Piętaszek, na swojej nowoodkrywanej wyspie. No i obie we dwie siebie nawzajem tak odkrywamy.
Generalnie Panna M to dziecko pogodne i wesołe, śmieje się dużo i chętnie. Mała gaduła, dyskusje, zwłaszcza córy z ojcem, są coraz dłuższe i coraz bardziej zażarte. Równie intensywnie Panna M dyskutuje z żółwikiem, który jest naklejony na parapecie w łazience, więc podczas przygotowania do kąpieli jak i zabiegów pielęgnacyjnych po, Panna M zabawia rozmową na przemian ojca jak i żółwika. Ja mam stanowisko od tzw, dupy strony, więc ze mną wtedy najczęściej nie gada, poza tym ja jestem ta zła, która zakłada pieluchę, a przecież wiadomo, że prawdziwa zabawa zaczyna się kiedy dupka jest goła…
Zaczyna akcentować swoje negatywne emocje. Już nie jest to tylko płacz. Mruczy gniewnie, piszczy, krzyczy. I szczypie. Zwłaszcza podczas karmienia. Mam ochotę urwać jej wtedy te małe, słodkie rączki, które wyciskają mi łzy bólu z oczu. I wiem, że nigdy tego nie zrobię. No w każdym bądź razie robi się coraz ciekawiej.
A ja? A ja utwierdziłam się w przekonaniu, że kompletnie nie mam cierpliwości do dzieci i pierdylion razy w ciągu dnia zostaje wyprowadzona z równowagi. Szybko do niej wracam, ale jednak ją tracę.
Ile razy na nią patrzę, zwłaszcza kiedy śpi, albo podczas karmienia, kiedy spokojnie sobie je, a jej mała łapka bezładnie albo mnie głaszcze albo zaciska się na ramiączku stanika, to nie mogę wyjść ze zdumienia, że udało nam się z P stworzyć coś tak idealnie cudownego.
Tak wiem, każda matka tak mówi. Ale w nosie mam inne matki i ich dzieci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz