środa, 21 grudnia 2011

o cudzie niejako


21 grudnia 2011
Przypomniałam sobie jak to o tej porze wyglądało w zeszłym
roku. Dom wyglądał jak po przejściu huraganu, bo nie mieliśmy jeszcze szafy
wielkiej i łóżka, wszelkie rzeczy były poukładane w walizach pod ścianą, a za łóżko
służyła nam kanapa w dużym pokoju, której z braku czasu i ochoty nie
składaliśmy na dzień, więc nasz pokój – szumnie nazwijmy go pokojem dziennym, a
co sobie będę żałować – wyglądał jak połączenie garderoby z sypialnią. Katar
zalewał mi oczy, a skronie łupały kiedy piekłam pierniki, lepiłam uszka i
pierogi. Z tego wszystkiego nie zdążyłam z drzewkiem świątecznym i mieliśmy
sztucznego małego chochoła.  W Wigilię, rano nafaszerowałam się prochami na zbicie gorączki i pojechałam w biegu kupowaćprezenty. Na pomysł ten wpadło pół Sląska, więc koszmarnym było to wydarzenie.
Z nerwowych zakupów pojechałam prosto do Rodziców po karpie i złożyć im
życzenia. Stamtąd pędem na Łysą Górę, zapakować prezenty, zapakować Kocura i
Pablusa do samochodu i na Wigilie do teściów. A tam, pod koniec kolacji prochy
przestały działać i zwyczajnie ścięło mnie z nóg. Taaak, to były niezłe święta.

A teraz? A teraz marazm panie, marazm i nuuuuda. Prezenty
są, czekają tylko na opakowania. Choinka jest, czeka w komórce. Pierniczki
upieczone, udekorowane, czekają w słojach i rozsiewają subtelny zapach. Szynka
w spiżarce, czeka na ugotowanie. Produkty do barszczyku i uszek pewnie czekają
grzecznie w bagażniku hjundka i przyjadą do domu razem z Kocurem, który dziś
realizował Misję – Zakupy. Lampki na choinkę działają. Dziś robię farsz do
pierogów i uszek i piekę cynamonowe ciasteczka. Jutro robię uszka i pierogi.
Pojutrze gotuje szynkę i robię barszczyk. Rybę podprowadzę od Rodziców.

No naprawdę. W Wigilię pozostanie pomalować mi sobie
paznokcie. U stóp też, taka będę ekstrawagancka i odrobiona przed czasem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz