sobota, 10 stycznia 2015

Dlaczego mnie nie było kiedy mnie nie było


10 stycznia 2015
Czemu mnie nie było wyjaśniam prędko.
W lapku zamiast Windowsa od ładnych już lat mam Linuksa. Rozmaite dystrybucje się przewijały, ale niezmiennie Linuks. Jakieś kilka miesięcy temu strasznie mnie wkurzało to, że co chwilę wysypywał mi się Firefox. P. kombinował, sprawdzał, ale nie doszedł dlaczego tak się dzieje. Postanowiliśmy, że zmienię sobie system z Ubuntu na OpenSuse. Dla mnie, laika, zmiana systemu zazwyczaj wiąże się z ryzykiem utraty wszystkich danych. P. uspokajał, że wszystko co ważne dla mnie mam na innej partycji niż system, więc mogę spokojna być o los moich plików, ale ja stwierdziłam, że ryzyka nie podejmę i zaczęłam sobie robić kopię. Z braku dużego dysku zewnętrznego fragmentami kopiowałam na pojedyncze pendrive’y, co było mocno uciążliwe, bo rozmiary katalogów z pendrive’ami nie chciały współpracować, nawściekałam się przy tym tylko i po skopiowaniu najważniejszych rzeczy resztę olałam. P. przystąpił do instalacji, wszystko poszło super, dane się nie skasowały, a nowy system mi podpasował. Po jakimś czasie nagle znów Firefox zaczął się zachowywać nieprzyzwoicie, mimo ustawień pracował tak jak chciał, nagle nie mogłam pisać „po polsku”, bo mimo wybranego i zainstalowanego języka wszystkie słowa podkreślał na czerwono. Trochę to było uciążliwe, bo przez te czerwone szlaczki nie zauważałam błędów. Poza tym znów się co chwilę wyłączał, domagał się odświeżania stron. Zaczęły się też problemy z odczytywaniem kart SD, obróbka zdjęć.
Któregoś dnia tak mi to dopiekło, że poprosiłam P. o kolejna zmianę systemu. On pracuje od jakiegoś czasu na Mincie, który sobie bardzo chwali, więc i sobie Minta zażyczyłam. Kopiować dane? Tym razem mi się nie chciało, poza tym miało to być tak samo jak przy poprzedniej instalacji. Mint był na pendrive’ie, odpaliłam system z USB i kliknęłam na instalację. Szło ładnie, aż doszło do partycji… I się sprawa rypła. P. popróbował różne warianty i okazało się, że wszystkie partycje, a na jednej z nich moje dane poszły się bujać i tyle. Potem kilka godzin siedział i odzyskiwał te dane, w międzyczasie okazało się, że OpenSuse już na dysku nie ma, Mint jeszcze się nie zainstalował, a ja pracuje na systemie z USB. Jak wyłączę komputer to jest szansa, że znów znikną moje dane… Ustawienia systemu na takie jakbym chciała mieć owszem możliwe, ale po każdej zmianie trzeba ponownie uruchomić komputer, a ja nie mogę, a raczej nie chcę ryzykować. Przez kilka dni nie miałam polskich znaków, połowy funkcji, nie wyłączałam komputera wcale i cierpliwie oczekiwałam na kuriera, który miał nam dostarczyć zamówiony dysk zewnętrzny do sporządzenia archiwum. Dysk przyszedł, archiwum powstało, mój lapek, a raczej jego dysk został sformatowany, Mint wgrany od początku i od przedwczoraj mogę działać już normalnie. Mam polskie znaki, ustawienia takie z jakimi mi najwygodniej, a dane sobie oprócz na dysku mieszkają także na dysku zewnętrznym.
Nie polecam takich atrakcji, bo strasznie głupie uczucie, jak nagle jest realna szansa na to, że już nigdy nie będzie się miało dostępu do swoich zdjęć, muzyki gromadzonej latami, jakichś szpargałów…
Ale już jestem, postaram się nadrobić zaległości, również te w komentarzach u Was, ale głupio mi było pisać bez ogonków :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz