sobota, 12 listopada 2011
o bursztynie i panu żulu i powrotach
12 listopada 2011
Kolejny cudownie dobry dzień. Już rozpoczął się dobrze. Gorący prysznic na rozgrzane snem ciało wprowadził w dobry nastrój i obudził niecierpliwe oczekiwanie na to co będzie dalej. Śniadanie na gdańskiej Starówce, w przytulnej knajpce, ciepła bagietka z topiącym się pachnącym masłem i wiśniową konfiturą, chrupiące ciepłutkie croissanty, aromatyczna kawa, a za oknem pełen słońca Gdańsk.
Oczekiwanie na Jarka i wspólny wypad nad morze.
A tam? A tam coś niesamowitego. Szliśmy brzegiem morza, ja co chwilkę kicałam wygrzebując z piachu muszle, Jarek śmiał się, że nie jestem zbyt normalna, aż nagle podszedł do nas pan o wyglądzie kloszarda i zapytał czy dużo znalazłam bursztynu. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że żadnego bursztynu nie ma, same muszelki, a on wcisnął mi do ręki trzy bursztyny i spokojnie odszedł. A ja zostałam na tym brzegu z trzema złocistymi bryłkami w dłoni, oniemiała kompletnie. I teraz ściskam w dłoni trzy ogrzane moim ciepłem bryłki i tak sobie myślę, że dobrze jest spotkać takiego pana nad brzegiem morza i przekonać się, że wciąż bywają ludzie bezinteresowni.
Wrócę do domu z kilkoma kamieniami, muszelkami i bursztynami od obcego pana na plaży.
Morze dziś było senne, ciche, z zamglonym horyzontem, leniwie obmywające brzeg. Cudnie było. Dobrze było zobaczyć Jarka, posiedzieć z nim w ciepłej knajpce nad niezbyt dobrą pizzą. Ale nie o pizzę dzisiaj szło, a o możliwość pobycia ze sobą, nawet tak krótko.
A jutro kolejne ponad 500 km na liczniku do przejechania i powrót do szalejącego ze szczęścia Psa i pachnącego nami łóżka. W powrotach do domu najfajniejsza jest świadomość, że czeka na mnie moje łóżko. Takie pachnące mną, Kotem, nami, takie swojskie, takie moje.
…. dostałam trzy bursztyny…. Niesamowite!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz