czwartek, 24 listopada 2011

o wieczorach spokojnych i ciemnych


24 listopada 2011
Gdy wychodzę z pracy zimne powietrze gryzie mnie w policzki, a wiatr szyderca wdziera mi się pod sukienkę, za nic mając sobie moje skrępowanie i ogólnoprzyjęte zasady dobrego wychowania. Dom wita mnie rozmerdanym ogonem, roześmianym pyskiem i podskakującym na czterech ucieszonych łapach rozentuzjazmowanym psem. Wychodząc na spacer o nogi ociera się kot, mała rozmruczana futrzasta kulka, która nie może się zdecydować czy chce bardziej jeść czy domagać się pieszczot. Teraz dwa zwierzaki domagają się mojej uwagi, mojego skupienia na ich istotach, mojego poświęcenia im swojego czasu, bo przecież tyle godzin nikt się nimi nie interesował.
Idziemy przez jesienne pola. Pies biegnie, ja idę wolno, wciagając w nozdrza zimne powietrze, łapczywie wdychając zapach suchych traw i liści, aromat nadchodzącej zimy. Palce owijam ciepłymi rękawiczkami, a nos wtulam w ciepło szalika, bo jednak po kilkunastu minutach chłód robi się dokuczliwy. Kiedy tak spacerujemy poprzez pola kocim krokiem zbliża się do nas zmierzch, jak kot ociera się o mnie i zapowiada to, że zaraz zrobi się ciemno, a ja odgrodzę się od zmierzchu zasłonami i ciepłym światłem żarówki.
A w domu, w kuchni o brzoskwiniowych ścianach solę siekaną cebulą swoimi łzami i staram się wyczarować aromatyczny i smaczny obiad.
Lubię zimowe popołudnia i wieczory, kiedy dom otulony jest zapachem przygotowywanego obiadu, herbaty z imbirem, miodem i sokiem malinowym, które okraszone są kostką czekolady lub kieliszkiem nalewki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz