27 lipca 2014
Panna M spała wczoraj grzecznie wybitnie, a Pies dziś odmówił spożycia śliwki. Fascynujące, fascynujące, obserwuję nadal, będę donosić!
Za to zepsułam sobie dziś mikser. W zasadzie chyba zepsułam. I w zasadzie sam się zepsuł. Robiłam ciasto i ubijałam mikserem śmietankę. Zawsze, ale naprawdę ZAWSZE po skończeniu używania miksera, blendera itp ustrojstw od razu wyłączam je z kontaktu. Dziś był ten pierwszy raz kiedy tego nie zrobiłam.
Siedzimy w pokoju, a nagle z kuchni dochodzi dźwięk jakby szklanka pękła. I zaraz po niej następna. Już sobie zwizualizowałam, że moja delicja porzeczkowo – wiśniowa (jakby ktoś chciał przepis to wrzucę :) ) spadła na podłogę – położyłam ją dosyć ryzykownie na kancie zlewozmywaka, żeby szybciej wystygła… Wpadam do kuchni, a tam mikser sobie leży, dymi i śmierdzi. Odłączyłam. Dalej sobie teraz leży, już nie dymi i chyba nie śmierdzi, ale do tej pory nie mam pojęcia czemu tak mu się zrobiło…
Nie można zostawiać wyłączonego, ale podpiętego do gniazdka miksera na stole? Naprawdę?
Ktoś? Coś? Jakiś pomysł? Ja jutro skonsultuję to z Tatą, jest elektrykiem, może uzdrowi mikser?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz