20 lipca 2014
No dobra, Państwo potrzymają kciuki, żeby się znów coś nie spiertentegowało, bo robię ripleja!
Dla tych nie w temacie riplej to będzie ciąg dalszy naszych pamiętnych wakacji 2006 i słoweńskich przygód (o, tych
http://agulec.blog.pl/2014/07/16/swietujemy-rocznice-slubu-czyli-slowenia-tam-i-z-powrotem/
).
Otóż pomimo przygody życia troszkę doskwierał nam wtedy brak wakacji, ale jednocześnie najdroższy alternator świata pochłonął nasze wakacyjne finanse. Stanęło na tym, że szukamy czegoś na weekend, blisko i tanio. Padło na Węgierską Górkę, na… A nie, nie napiszę na co, bo nie chciałabym, żeby ten wpis był antyreklamą tego miejsca, być może uroczego i cudownego, a tylko dla mnie nieodpowiedniego. No ale nie uprzedzając faktów… Znaleźliśmy w Internetach nocleg za 18 zł! Zarezerwowaliśmy sobie dwa noclegi i ruszyliśmy na podbój Beskidów. Zajechaliśmy na miejsce i powitał nas zapach obiadu, a konkretnie smażonej rybki (piątek wszak to był). Recepcja była tuż przy stołówce, zapachy obiadowe królowały, a w szklankach studził się kompot truskawkowy. Dostaliśmy klucz, pani nam wskazała budynek w którym jest nasz pokój i udaliśmy się do niego z niewielkim naszym bagażem.
Pokój nie spodobał mi się już na wejściu, bo był ciemny. Sprawcą braku światła naturalnego był świerk – gigant rosnący za oknem. Pokój zdecydowanie pamiętający dawne czasy i lata świetności mający za sobą – dwa tapczaniki skrzypiące przeokrutnie, stolik, dwa krzesła, szafa, stara dobra i wysłużona Unitra na nocnej szafce, w rogu pokoju umywalka. Ja po lustracji pokoju pobiegłam zobaczyć łazienkę – wspólną na korytarzu. Trzy boksy, oddzielone od siebie wykafelkowanymi ściankami, od reszty łazienki osłonięte zasłonkami, w dwóch na podłodze takie grube kwiatkowe maty, a trzeciej takie coś a’la paleta… Moja wyobraźnia już podsunęła mi wizję wszelkich grzybic i innych atrakcji, bo przypomniało mi się, że nie zabrałam ze sobą klapek (klapków?) pod prysznic… Z miną średnio wesołą wróciłam do pokoju, gdzie P. testował radio. Odbierało tylko Dwójkę, gdzie pani egzaltowanym głosem zapowiadała wieczorny koncert najpierw Bacha, a potem Szopena… Wysłałam P. do łazienki, a sama siłą powstrzymałam się, żeby się nie rozpłakać. To nie był pokój marzeń, to była łazienka z moich koszmarów. P. wrócił i próbując się uśmiechnąć powiedział, że to tylko dwie noce, damy radę i chodźmy coś zjeść. W drodze do centrum szliśmy trzymając się za ręce, każde pogrążone w swoich myślach. Moje mniej więcej brzmiały „JA CHCĘ DO DOMU!!!!!!!!!”. Na obiad była pizza w Pizzerii Przystanek, gdzie zjedliśmy najpyszniejszą na świecie pizzę Frutti di Mare. Z pełnym brzuchem, w błogostanie, sącząc coś zimnego wypaliłam, że ja nie chcę tam wracać, że ja tam wpadnę w depresję w tym ciemnym pokoju słuchając Bacha, że ja się boję grzybicy, że uciekajmy! P. podchwycił pomysł i powstał niecny plan. Wracamy prędkim krokiem zdenerwowanych ludzi, Ja lecę po plecaki, P. idzie do pani w recepcji wyjaśnić, że dostaliśmy pilny telefon z domu i niestety musimy wracać i że bardzo nam przykro, jeśli trzeba to zapłacimy za rezerwację i zaplanowany pobyt. Pani się troszkę zmartwiła, zatrzymała tylko zaliczkę i życzyła nam szczęśliwego powrotu. Jadąc przez Węgierską wypatrywaliśmy jakichś noclegów i na jednym płocie wisiał szyld „wolne pokoje”. Pan akurat miał wolną dwójkę, w której czekała nas czyściuteńka łazienka, nieskrzypiące łóżko, radio z kilkoma stacjami do wyboru i widok na ogród i góry w oddali. Nocleg za 30 złotych. I spędziliśmy leniwy weekend bycząc się nad Sołą, leżakując w ogrodzie i łażąc po Węgierskiej Górce, do której lubimy wracać. Po kilku latach okazało się, że mieszkaliśmy płot w płot z naszymi Przyjaciółmi, dzięki którym Węgierska kojarzy mi się jeszcze milej :)
I gwoli wyjaśnienia. Nie jestem damą co to musi mieć luksusy i bógwieco, a do tego chce to mieć za 18 złotych. Mogę spać w schroniskach, na salach wieloosobowych i mieć jeden wspólny prysznic na cały budynek, ale akurat wtedy, po tej całej Słowenii ten pokój przelał czarę goryczy.
I po raz pierwszy i ostatni złamałam zasadę o zabieraniu klapek (klapków?) pod prysznic. A od tamtych wakacji jak szukamy noclegów to z miejsca odrzucamy te, gdzie nie ma zdjęć pokoi i łazienek.
Edit: … zrobiłam ctrl+a, robię ctrl+c, a tu się wyświetliło samo c (tekst znikł był). Ctrl+z nie działa… Już miałam się rozpłakać i walnąć się w ten durny łeb, już kliknęłam dodaj wpis i chciałam Wam powiedzieć, że fatum zawisło, tekst ten nie chce ujrzeć światła dziennego, ale coś mnie tknęło i zrobiłam na wszelki wypadek ctrl+v. I jest. Uf, napijmy się z tej okazji wody mineralnej! :D
Edit edit: z tego wszystkiego zapomniałam tytułu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz