30 lipca 2014
Gorąca lipcowa noc. Okna pootwierane w całym domu, a chłodu jak na lekarstwo. Panna M śpi niespokojnie, popłakuje przez sen, co chwilę chce zmieniać bok do snu, ale z każdym przekręceniem gubi się albo smoczek albo pieluszka. Cichy, ale zdecydowany protest. Tym samym i ja mam niespokojną noc. Na szczęście daje nam obu pospać i budzimy się o 8:30. Ja nieprzytomna, ona rześka jak morska bryza, czyli wchodzimy w standardowy poranek. Przewijanie, przebranie z piżamki, mleko, zaraz potem kaszka, zabawa, nieudana próba drzemki. Jedziemy na szczepienie. Ważenie, mierzenie, wizyta u lekarza. Kilka minut rozpaczy, ale szczepienie się odbyło. Panna M zmęczona wrażeniami zasypia w samochodzie, choć spędzamy w nim niecałe 15 minut. Gorąco. Nie ma czym oddychać. Dziecko ląduje w wózku, w cieniu pod drzewem ja rzucam się do odchwaszczania chodnika, Już drugi dzień z tym walczę, ale w końcu widać efekty. W trakcie odchwaszczania wypadł lew piszczałka, zgubił się gryzaczek, generalnie jest źle i trzeba pomarudzić, smoczek, pieluszka, niespokojna drzemka, spocone małe ciałko i to ciężkie powietrze wokół. Obiad nasz, obiad Panny M, kończymy odchwaszczanie. Gorąco. Niby zapowiadało się na burzę, ale chyba rozeszło się po kościach, ciężkie powietrze wisi dokucza. Wspólna zabawa, śpiewanie o stokrotce i dziewięciu pieskach, jeszcze trzeba uprzątnąć te chwasty co powyrywałam. Pora deseru, gotuje kaszkę i się przy okazji. W końcu pora kąpieli. Jeszcze tylko mleko i spać. Panna M w łóżeczku, bez kocyka, w samej piżamce, cała mokra, w domu niby lepiej niż na dworze, ale mam wrażenie, że nie ma tlenu i zaraz się podusimy. Sprzątam efekty odchwaszczania – 6 pełnych taczek. Jest 20:10. Jeszcze trzeba zrobić zakupy, sklep czynny do 21-szej. Szybko spłukuję z siebie kurz, brud i pot, wciągam koszulkę i krótką spódnicę, sandałki, jadę. W sklepie nie ma czym oddychać, sprzedawczynie zmęczone, klienci zmęczeni, dobrze, że mam listę, bo w głowie wata. Wracam, dochodzi 21-sza, a na dworze nieznaczny chłód. Bardziej o porze doby przypominają komary, które tną po odsłoniętych nogach. W domu nadal wszystkie okna pootwierane, na szczęście w zeszłym roku zamontowałam moskitiery. Chłód wieczorny nieśmiało wkracza do domu, ja jednak jestem już zbyt zmęczona by to odczuć. Jeszcze kolacja, rozpakowanie zakupów. Jeszcze prysznic. W międzyczasie Panna M kilka razy się wybudza z niespokojnego snu, bo smoczek, bo pieluszka, bo sen zły. Tulę, uspokajam, mam dość, jest mi tak strasznie gorąco. Czuje się jakbym wróciła na początek tego tekstu. Gorąca lipcowa noc. Okna pootwierane w całym domu, a chłodu jak na lekarstwo. Panna M śpi niespokojnie… Powtórka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz