16 lipca 2014
Zainspirowała mnie dzisiaj Pani S. swoim tekstem o wakacjach :)
No to teraz Państwo pozwolą zapuścić się odrobinę w przeszłość.
Sierpień 2006 roku. Z okazji pierwszej rocznicy ślubu zaplanowaliśmy sobie wakacje w Słowenii. Krótkie, bo zaledwie tygodniowe, ale nie bardzo mieliśmy wtedy finanse na szaleństwa. Zarezerwowane noclegi, zakupione mapa, rozmówki, przewodnik, wykupione ubezpieczenie samochodu, jedziemy. Wyruszyliśmy w niedzielę o 7 rano. Polska, Czechy, Słowacja, Austria, Słowenia. Jak tankowaliśmy gaz na stacji w Austrii, to po ruszeniu zapaliła nam się czerwona kontrolka akumulatora. Miny nam trochę zrzedły, ale jedziemy. Samochód zaczął zwalniać, na austriackiej autostradzie wszyscy koło nas śmigali, a my jak ten ślimak. Szast, prast stoimy, samochodu nie da się odpalić. P. z uśmiechem mówi – spoko, nic się nie martw, przecież mamy ubezpieczenie, już do nich dzwonię. Całe szczęście w nieszczęściu, że roaming sobie wtedy włączyłam. Dzwoni. Rozmawia z miłą panią i widzę, że w trakcie rozmowy mina mu rzednie. Okazało się, że ubezpieczenie za granicą mamy, a jakże, takie prawie full wypas – transport medyczny, transport zwłok itp., ale to prawie zrobiło znaczną różnicę. Otóż mamy za granicą wszystko oprócz assistance’a. I do awarii samochodu to nic się nie da zrobić, życzymy Państwu zadowolenia z naszych usług, dziękujemy i do usłyszenia. Dzwonimy po pomoc drogową. Jedna nie odbiera. Druga odebrała, ale pani nie znała angielskiego i się po prostu rozłączyła. W trzeciej angielskim i łamanym niemieckim ustaliliśmy gdzie jesteśmy i czekamy na pomoc, kierowca zaraz nas znajdzie. Czekamy, za chwilę podjeżdża samochód pomocy. Okazało się, że jesteśmy jakieś 400 m od ślimaka, więc pan nas holuje poza autostradę i przystępuje do oględzin. Okazało się, że padł alternator i trzeba go wymienić. Jest niedziela popołudniu. Warsztaty pozamykane, trzeba by czekać w jakimś hotelu do poniedziałku. Pan widzi nasze niezbyt radosne miny i mówi, że do granicy ze Słowenią mamy kilkadziesiąt kilometrów, on nam teraz podładuje ten akumulator do pełna i bez świateł, bez zatrzymywania się dojedziemy na miejsce, a tam już w poniedziałek jakiś lokalny warsztat nam to wymieni. Na pewno będzie taniej niż w Austrii. Oczywiście się zgadzamy, pan nas doładowuje, i za to holowanie pół kilometra i ładowanie kasuje na 100 euro. Nic to, ważne, że jedziemy. Do granicy austriacko – słoweńskiej docieramy przed 20-stą, słońce pomału zaczyna zachodzić, a my bez świateł. Do tego zjeżdżamy nie tym zjazdem co powinniśmy, jedziemy wśród jakichś pół, żywej duszy wokół, samochód porzęził ostatkiem sił i stanął. Jesteśmy już pewni, że spędzimy wśród tych pól noc, ale nagle pojawia się pan na rowerze i po słoweńsku pyta co nam się stało. No to tłumaczymy mu na migi, że zepsuł nam się akumulator i żeby ruszyć potrzebujemy iskry. Pan zsiada z roweru, i zatrzymuje jakiś samochód, krótko wyjaśnia o co chodzi (my stoimy zszokowani), rozumiemy, że pyta kierowcę o kable. Tamten kable ma, łączą akumulatory, nasz samochód odpala. Pan nam życzy szczęścia, wsiada na rower i jak gdyby nigdy nic odjeżdża. Ruszamy. Dojeżdżamy do jakiejś miejscowości i tam samochód się zatrzymuje na przystanku autobusowym. P. dzwoni po słoweńską pomoc drogową, mamy czekać, któs po nas przyjedzie. Jest ok 21-szej, zapada letni, sierpniowy wieczór, do samochodu podchodzi kot, zwabiony moim kici – kici (widać po słoweńsku jest podobnie), czekamy. Przyjeżdża sympatyczny pan z pomocy drogowej, łamanym angielsko – niemieckim ustalamy fakty. On mówi, że najlepiej by było gdyby zholował nas pod warsztat, a my sobie taksówką pojedziemy do hotelu, prześpimy się, a rano w poniedziałek nas naprawią. My mu mówimy, że mamy zbyt mało pieniędzy na hotel i naprawę. Pan kiwa głową ze zrozumieniem, gdzieś dzwoni, chwilkę z kimś rozmawia i mówi, że jego kolega nam od ręki wymieni alternator i razem z holowaniem będzie to kosztowało 300 euro. Jak chcemy to zahaczy o bankomat. Oczywiście zgadzamy się. Nasz samochód na lawetę, ja do pana do szoferki, a że jechał z dziewczyną to P. jechał w naszym samochodzie, na lawecie, tyłem do kierunku jazdy. Cóż to była za jazda! Pan w jednej ręce miał zapalonego papierosa, w drugiej telefon przez który rozmawiał, w zakręty wchodził z prędkością minimum 70 km/h i generalnie miał wszystko w nosie. Ja tylko starałam się jak najlepiej zapamiętać drogę, którą jechaliśmy. Pan nas zawiózł na obrzeża Mariboru do kolegi, skasował od nas pieniądze za hol, życzył szczęścia i pojechał. Godzina 23. Ten jego kolega od razu zabrał się do pracy i w okolicach 1-szej nasz niesforny samochód bosko zawarczał. Zapłaciliśmy, podziękowaliśmy wylewnie i odtwarzając drogę „po śladach” dojechaliśmy do trasy z Mariboru w stronę granicy z Austrią. Przejechaliśmy granicę i zatrzymaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej. Rozłożyliśmy fotele, wyjęliśmy wszystkie bluzy, ręczniki i poszliśmy spać. Rano za ostatnie pieniądze kupiliśmy paliwo i dwie jeżynowe herbatki, bo tylko na tyle starczyło nam pieniędzy. I ruszyliśmy w drogę do domu. W międzyczasie Teść miał nam zasilić konto, żebyśmy mieli na kolejną porcję paliwa. Już bez przygód dotarliśmy do domu, w poniedziałek ok 16-stej. Zrobiliśmy 1400 km, wydaliśmy ponad 400 euro.
Już do końca życia Słowenia będzie kojarzyć mi się z alternatorami, ale przede wszystkim z cudownymi, uczynnymi, sympatycznymi i bardzo pomocnymi ludźmi.
No ale to nie koniec naszych wakacji z okazji pierwszej rocznicy ślubu! Ciąg dalszy nastąpi, bo ten ciąg dalszy ściśle wynika ze słoweńskiej przygody :)
A to jest jedno jedyne zdjęcie ze Słowenii, pstryknięte na tym przystanku gdzie czekaliśmy na pomoc drogową. Poczułam się prawie jak w domu ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz